Od niebieskiego stolika do ASP. Moja droga na Wzornictwo w Krakowie
Nazywam się Zuza Karczewska i jestem studentką Wzornictwa na Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie.
Dzisiaj sztuka i projektowanie są ogromną częścią mojego życia. Jednak nie zawsze wiedziałam, że właśnie z nimi zwiążę swoją przyszłość.
Wręcz przeciwnie.
Kiedy miałam trzy lata, usłyszałam od taty, że artyści stają się sławni dopiero po śmierci.
Oczywiście żartował.
Problem w tym, że trzyletnia ja potraktowała tę informację całkiem poważnie.
Przez kolejne lata byłam więc przekonana, że zostanę lekarzem. Do mniej więcej piętnastego roku życia moja przyszłość wydawała się ustalona: medycyna, nauki ścisłe, biały fartuch.
Tylko że przez cały ten czas działo się coś jeszcze.
Nie przestawałam rysować.
Mały niebieski stolik
Przed napisaniem tego tekstu zapytałam rodzinę, co pamiętają z początków mojej przygody ze sztuką.
Usłyszałam sporo historii. Niektóre zabawne, inne trochę dziwne, a kilka takich, których sama zupełnie nie pamiętałam.
Mama od razu przypomniała sobie widok, który przez długi czas był w naszym domu codziennością.
Mały, niebieski, plastikowy stolik z Ikei. Wokół porozrzucane kredki. A przy nim ja, siedząca i rysująca przez sporą część dnia.
Moje njwcześniejsze wspomnienia również związane są z rysowaniem przy rodzicach.
Z mamą powstawały kolorowe kwiatki i pieski.
Z tatą było zupełnie inaczej: proste linie, podziały, małe oznaczenia i mnóstwo wymiarów zapisanych obok. Rysunki techniczne.
Patrzyłam na jedno i drugie z takim samym zachwytem.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że gdzieś pomiędzy swobodnym rysunkiem mamy a techniczną precyzją taty znajduje się świat, który wiele lat później okaże się moim własnym - świat projektowania.
Pierwszy portret? W książeczce zdrowia mojej siostry
Mając dwa lata, stworzyłam podobno swój pierwszy portret.
Modelką była moja siostra.
Technika: długopis.
Podobrazie: pierwsza strona jej książeczki zdrowia.
Nie jestem pewna, czy rodzina od razu dostrzegła w tym przejaw artystycznego talentu, ale najwyraźniej coś już było na rzeczy.
Niedługo później zainteresowałam się twórczością Vincenta van Gogha. W naszym mieszkaniu wisiała reprodukcja jego słynnych „Słoneczników”. Kiedy miałam cztery lata, postanowiłam stworzyć własną wersję pastelami.
Wtedy właśnie nastąpił kolejny przełom w mojej karierze.
Sprzedałam pierwszy obraz.
Za oszałamiającą kwotę 18 złotych.
Nabywcami zostali oczywiście moi dziadkowie.
Do dziś mają w domu całkiem pokaźną kolekcję moich prac, a wszystko zaczęło się od tamtych „Słoneczników”.
Narysowałam podobno cały salon dziadków
Babcia wspomina mnie z tamtego okresu jako dziecko wyjątkowo uparte. Jeśli zaczęłam coś robić, musiałam skończyć i najlepiej dokładnie tak, jak sobie wcześniej wymyśliłam.
Kiedy przyjeżdżałam do dziadków, często czekał już na mnie nowy blok i przybory plastyczne.
Rysowałam. Malowałam. Wycinałam. Wyklejałam.
W zasadzie wszystko, co tylko wpadło mi w ręce, mogło stać się początkiem kolejnej pracy.
Babcia twierdzi nawet, że w pewnym momencie narysowałam po kolei każdy mebel znajdujący się w ich salonie.
To właśnie ona, gdy potrzebowała chwili na swoje obowiązki, wymyślała mi kolejne tematy albo dawała książki, z których mogłam przerysowywać ilustracje.
Uwielbiałam to.
W przedszkolu przerysowywanie obrazków z książek należało do moich ulubionych zajęć. W podstawówce brałam udział właściwie w każdym możliwym konkursie plastycznym i regularnie przygotowywałam szkolne gazetki.
Wydawałoby się więc, że dalszy ciąg tej historii jest oczywisty.
Szkoła plastyczna. ASP. Sztuka.
Tyle że było zupełnie inaczej.
Miałam zostać lekarzem
Z czasem rysunek zszedł na drugi plan.
W gimnazjum coraz mocniej skupiałam się na nauce, szczególnie na biologii. I to z biologią zaczęłam wiązać swoją przyszłość.
Plan był konkretny: profil biologiczno-chemiczny, a później najprawdopodobniej medycyna.
I wtedy wydarzyło się coś, co w tamtym momencie wydawało mi się porażką.
Do wymarzonego liceum zabrakło mi jednego punktu.
Jednego.
Dzisiaj uważam, że była to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogły mi się wtedy przytrafić.
Bo przez ten jeden punkt po raz pierwszy naprawdę zaczęłam zastanawiać się, czy chcę w stu procentach poświęcić swoją przyszłość naukom ścisłym.
A może rzecz, którą przez wszystkie te lata traktowałam jako pasję, wcale nie musi pozostać tylko pasją?
Może można zbudować wokół niej życie zawodowe?
Zaczęłam szukać.
Najpierw architektura. Potem wydarzyło się coś jeszcze
Do liceum szłam już z myślą o studiowaniu architektury.
Wydawało mi się, że to architektura połączy moje zainteresowanie sztuką z bardziej technicznym sposobem myślenia.
Aż pewnego dnia w mojej szkole odbył się wykład jednego z profesorów krakowskiej ASP.
Opowiadał o Formach Przemysłowych.
Pokazywał projekty. Dyplomy studentów. Opowiadał o tym, czym właściwie zajmuje się projektant i jak wiele różnych światów może spotkać się w jednej dziedzinie.
Weszłam na ten wykład, myśląc o architekturze.
Wyszłam, myśląc już tylko o wzornictwie.
Byłam zachwycona jego wszechstronnością. Przez kolejne dni opowiadałam o tym kierunku chyba każdej osobie, która miała cierpliwość mnie słuchać.
Wówczas zaczęły się moje prawdziwe przygotowania do egzaminów na ASP.
I wtedy też trafiłam do Szkoły Rysunku TOTU w Krakowie.
Przygotowania do ASP i pierwsze wątpliwości
Przez większość czasu skupiałam się przede wszystkim na rozwijaniu warsztatu rysunkowego. Samą teczkę egzaminacyjną zaczęłam budować dopiero około trzech–czterech miesięcy przed egzaminem.
Nie oznacza to jednak, że przez cały czas byłam absolutnie pewna swojego wyboru.
Wręcz przeciwnie.
W pewnym momencie dopadła mnie poważna wątpliwość:
czy wzornictwo na pewno jest dla mnie?
Bałam się, że zabraknie w nim miejsca na kreatywność. Wyobrażałam sobie mnóstwo technicznych rysunków, sztywne zasady i projektowanie zamknięte w określonych ramach.
Przez chwilę byłam nawet gotowa porzucić pomysł studiowania wzornictwa i spróbować swoich sił na grafice.
Dopiero z czasem, kiedy zaczęłam lepiej rozumieć istotę designu, zobaczyłam, jak bardzo moje wcześniejsze wyobrażenia opierały się na stereotypach.
Projektowanie okazało się czymś znacznie większym.
Design jest właściwie wszędzie
Zaczęłam dostrzegać, że niemal każdy przedmiot, którego używamy, musiał zostać kiedyś przez kogoś wymyślony.
Ktoś zdecydował o jego kształcie.
Ktoś zastanawiał się, z czego go wykonać.
Jak będzie działał.
Jak człowiek będzie go trzymał.
Jak długo będzie nam służył.
I co stanie się z nim później.
Szczególnie zainteresowało mnie projektowanie organiczne i rozwiązania związane z ochroną środowiska. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie twórczość Neri Oxman, projektantki łączącej design i architekturę ze światem natury, biologii i nowych technologii.
Podczas przygotowań do egzaminów zetknęłam się również z ideą zero waste.
I zamiast jedynie czytać o niej, postanowiłam coś zrobić.
Zaczęłam szyć plecaki ze starych materiałów
Powstała seria plecaków wykonanych w całości z materiałów z drugiej ręki.
Kilka z nich zdążyłam uszyć jeszcze przed egzaminami i umieściłam je w swoim portfolio.
To właśnie wtedy coraz mocniej docierało do mnie, że teczka na ASP nie musi być wyłącznie zbiorem „ładnych rysunków”.
Może pokazywać sposób myślenia człowieka.
W mojej znalazły się oczywiście martwe natury i rysunki konstrukcyjne, ale obok nich pojawiła się również ręcznie malowana przeze mnie sukienka, projekty plakatów, plecaki, kolaże i prace pochodzące z moich szkicowników.
A szkicowniki stały się dla mnie czymś szczególnym.
Miejsce, w którym można popełniać błędy
To właśnie w szkicownikach czułam największą swobodę.
Nie musiałam tworzyć „gotowej pracy”.
Mogłam sprawdzać.
Próbować.
Psować.
Zmieniać zdanie.
Testować nowe techniki, zarówno te, które później okazywały się świetne, jak i te, do których zdecydowanie nie chciałam już wracać.
Zapełniłam wiele szkicowników, dzięki czemu mój rozwój nie kończył się wraz z wyjściem z zajęć. Rysowanie i projektowanie zaczęły naturalnie wchodzić w moją codzienność.
Najlepsze szkice zebrałam ostatecznie w cztery plansze, które znalazły się w moim indywidualnym portfolio przygotowanym pod egzaminy na Akademię Sztuk Pięknych.
Pozostawała jeszcze teoria.
Przygotowania to nie tylko rysowanie
Do części teoretycznej przygotowywałam się przede wszystkim z najważniejszych albumów i publikacji dotyczących historii designu.
Ku mojemu zaskoczeniu nauka nie była przykrym obowiązkiem.
Im więcej poznawałam projektów, nazwisk i kierunków, tym bardziej upewniałam się, że wybrałam właściwą drogę.
Pomagały również zajęcia przygotowawcze organizowane w TOTU. Uczyliśmy się wspólnie z innymi kursantami, analizowaliśmy zagadnienia i przechodziliśmy przez próbne egzaminy.
To miało jeszcze jedną ogromną zaletę.
Nie byłam z tym wszystkim sama.
Bo niezależnie od tego, jak dobrze człowiek jest przygotowany, im bliżej egzaminu, tym częściej w głowie pojawia się pytanie:
„A co, jeśli się nie dostanę?”
I w końcu przyszedł dzień egzaminu
Pamiętam stres.
Nerwy.
Czekanie.
Ze względu na pandemię mój egzamin odbywał się online, więc od rana siedziałam i czekałam na połączenie.
W końcu ekran się uruchomił.
Zaczęliśmy rozmawiać.
Opowiedziałam, dlaczego wybrałam właśnie ten kierunek. Odpowiadałam kolejno na pytania komisji.
Jedno.
Drugie.
Następne.
I nagle...
było po wszystkim.
Tyle miesięcy przygotowań, szkicowników, rysunków, projektów, nauki, poprawiania i zastanawiania się, czy jestem wystarczająco dobra, a teraz nie pozostawało już nic więcej do zrobienia.
Mogłam tylko czekać.
Godzina 14:00
Trochę ponad dwa tygodnie później nadszedł dzień ogłoszenia wyników.
O godzinie 14:00 otworzyłam stronę.
Zaczęłam przeglądać listę.
I zobaczyłam swoje nazwisko.
Udało się.
Dostałam się na Wzornictwo Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.
Nie potrafię dokładnie opisać uczucia, które pojawiło się w tamtej chwili. Była radość, ulga, niedowierzanie i świadomość, że właśnie spełniło się moje największe dotychczasowe marzenie.
Ale chyba najbardziej niezwykłe było coś innego.
Kiedy patrzę dzisiaj na całą tę drogę, widzę, że nie zaczęła się ona kilka miesięcy przed egzaminem.
Nie zaczęła się nawet wtedy, kiedy zapisałam się na kurs rysunku.
Zaczęła się dużo wcześniej.
Przy małym, niebieskim stoliku, na którym leżały porozrzucane kredki.
W książeczce zdrowia mojej siostry, którą uznałam za doskonałe miejsce na pierwszy portret.
W pastelowych „Słonecznikach” sprzedanych dziadkom za 18 złotych.
W szkolnych konkursach.
W jednym brakującym punkcie do klasy biologiczno-chemicznej.
W wykładzie, na który weszłam zainteresowana architekturą, a z którego wyszłam zakochana we wzornictwie.
I w setkach małych prób, z których wiele wcale nie było udanych.
Czy było warto?
Dzisiaj, już z perspektywy studentki Wzornictwa ASP w Krakowie, mogę odpowiedzieć bez wahania:
tak.
Studia przerosły moje oczekiwania. Dają mi możliwość rozwijania nie tylko warsztatu, lecz przede wszystkim sposobu myślenia — kreatywnego, przestrzennego, projektowego.
Pozwalają szukać własnych rozwiązań, eksperymentować i patrzeć na rzeczy, które otaczają nas każdego dnia, zupełnie inaczej niż wcześniej.
Nie wyobrażam sobie dzisiaj być w innym miejscu.
A przecież przez wiele lat byłam przekonana, że zostanę lekarzem.
Czasem droga do miejsca, w którym naprawdę chcemy się znaleźć, wcale nie prowadzi prosto.
Czasem zaczyna się od pasji, którą przez lata traktujemy tylko jako hobby.
Czasem od porażki.
Czasem od jednego brakującego punktu.
A czasem od małego, niebieskiego stolika i pudełka kredek.
Zuza Karczewska
studentka Wzornictwa
Akademia Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie