Epidemia sztuki w kawiarni. Przypadek nieuleczalny
Są miejsca, w których człowiek spodziewa się kontaktu ze sztuką. Muzea, galerie, pracownie malarskie. Czasami nawet szkoły artystyczne.
Kawiarnia zazwyczaj nie znajduje się na tej liście.
A jednak.
Od pewnego czasu w krakowskiej kawiarni MAK Bread & Coffee w designerskim hotelu Puro obserwuję niepokojące zjawisko. Wszystko wskazuje na to, że doszło tam do niekontrolowanego rozprzestrzeniania się twórczości artystycznej.
Pacjent zero? Prawdopodobnie ja.
Wszystko zaczęło się od szkicownika
Mam taki zwyczaj, że przychodzę do PURO, zamawiam kawę, wyciągam szkicownik i rysuję.
Nie rysuję niczego konkretnego. Nie próbuję stworzyć arcydzieła. Nie zastanawiam się nawet specjalnie nad tym, co powstaje na papierze.
Nazywam te rysunki powidokami.
To takie obrazy wyciągane gdzieś z podświadomości. Pozwalam ręce wędrować po papierze, a wyobraźni robić, co jej się podoba. Bez planu, bez oceniania, bez przymusu stworzenia czegoś ładnego.
Trochę rysunkowy automatyzm, trochę arteterapia. A przede wszystkim ogromna przyjemność.
Szkicownik za szkicownikiem. Kawa za kawą.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że ktoś zaczął się przyglądać.
Pierwsze objawy zaobserwowano u Konrada
Konrad jest baristą. Przygotowuje kawę, a przynajmniej takie było pierwotne założenie jego stanowiska pracy.
W pewnym momencie zaczął jednak traktować powierzchnię cappuccino jak płótno malarskie.
Pojawiły się pierwsze kompozycje. Potem następne. Coraz bardziej skomplikowane, coraz odważniejsze.
Zwykłe serduszko z mlecznej pianki najwyraźniej przestało wystarczać.
Na powierzchni kawy zaczęły pojawiać się stworzenia, fantastyczne ornamenty i formy, których nie powstydziłby się niejeden surrealista.
Co ciekawe, moje rysunki również powstają bez szczegółowego planu. I oto spotkały się dwie techniki: ja operuję ołówkiem, Konrad mlekiem.
Różnica polega na tym, że moje prace trafiają do szkicownika, a jego zostają bezceremonialnie wypite.
Trudno o bardziej radykalną formę sztuki efemerycznej.
Do akcji wkracza Ewa
Kiedy wydawało się, że Konrad osiągnął już pozycję niekwestionowanego mistrza kawowego malarstwa, sytuacja uległa komplikacji.
Do artystycznej rywalizacji dołączyła Ewa.
I tu nastąpił moment szczególnie interesujący z punktu widzenia historii sztuki.
Ewa, widząc uznanie, jakie zdobywają kompozycje Konrada, postanowiła przypomnieć pewien istotny fakt.
Otóż to ona uczyła Konrada.
A zatem, jak łatwo się domyślić, kwestia autorstwa, mistrzostwa i artystycznej genealogii stała się nagle znacznie bardziej skomplikowana.
Historia sztuki zna podobne przypadki. Mistrzowie, uczniowie, szkoły, wpływy, wzajemne inspiracje, walka o uznanie.
Tyle że tutaj zamiast marmuru, farb olejnych i monumentalnych fresków mamy ekspres do kawy, dzbanek mleka i filiżankę.
I muszę przyznać, że bardzo mi się to podoba.
Galeria, w której eksponaty znikają po pięciu minutach
Zacząłem fotografować te kawowe obrazy.
Niektóre przypominają fantastyczne ptaki. Inne stworzenia morskie, smoki, dziwne rośliny albo organizmy, których nauka jeszcze nie sklasyfikowała.
Patrzę na nie i zastanawiam się, czy to jeszcze latte art, czy może już osobny kierunek artystyczny.
Być może jesteśmy świadkami narodzin puroizmu.
Kierunku, którego podstawowym założeniem jest tworzenie dzieł pięknych, niepowtarzalnych i całkowicie pozbawionych szans na przetrwanie.
Wystarczy jeden łyk, żeby zniszczyć kompozycję.
Drugi, żeby zatrzeć jej strukturę.
Trzeci, żeby zakończyć wystawę.
W pewnym sensie jest w tym coś niezwykle uczciwego. Artysta tworzy, odbiorca podziwia, a potem obaj godzą się z przemijaniem dzieła.
Chociaż podejrzewam, że Konrad i Ewa woleliby, żebym najpierw zrobił zdjęcie.
Sztuka jest zaraźliwa
Ale w tej historii jest coś więcej niż zabawna rywalizacja dwojga baristów.
Przecież nikt nie organizował tam warsztatów artystycznych. Nikt nie ogłosił konkursu. Nikt nie powiedział: od dzisiaj wszyscy będziemy tworzyć.
Po prostu jeden człowiek siedział przy stoliku i rysował.
Ktoś to zauważył. Ktoś poczuł inspirację. Ktoś zapragnął zrobić coś własnego.
I nagle zwykła czynność, przygotowywanie kawy, stała się okazją do twórczej ekspresji.
To właśnie fascynuje mnie w sztuce.
Nie trzeba wielkiej pracowni. Nie trzeba ukończyć akademii. Nie trzeba nawet umieć rysować.
Czasami wystarczy odrobina ciekawości i przyzwolenie, żeby zrobić coś inaczej niż zwykle.
Żeby przez chwilę nie wykonywać wyłącznie swojej pracy, ale włożyć w nią coś osobistego.
Każdy ma w sobie artystę. Nie każdy pozwala mu wyjść.
Prowadząc szkołę rysunku, spotykam ludzi, którzy często zaczynają od tego samego zdania:
Ja nie mam talentu.
A ja coraz częściej myślę, że problem wcale nie polega na braku talentu.
Może po prostu zbyt wcześnie nauczyliśmy się oceniać to, co robimy. Zbyt mocno przywiązaliśmy się do przekonania, że sztuka musi być piękna, poprawna, profesjonalna albo przynajmniej do czegoś przydatna.
Tymczasem sztuka może zaczynać się od zwyczajnej przyjemności tworzenia.
Od kreski postawionej bez celu.
Od dziwnego kształtu, który wyłania się na papierze.
Albo od mlecznej pianki na cappuccino.
Nie wiem, czy Konrad i Ewa kiedykolwiek pomyśleli o sobie jak o artystach.
Wiem natomiast, że kiedy przygotowują te swoje fantastyczne kawowe kompozycje, robią coś więcej niż tylko kawę.
Tworzą.
A ja siedzę naprzeciwko ze szkicownikiem i myślę sobie, że może właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Nie o to, żeby każdy został artystą. Ale żeby każdy odkrył, że może tworzyć.
I że czasami wystarczy jeden człowiek, który pozwoli sobie na odrobinę swobody, żeby ktoś obok również nabrał na nią ochoty.
A teraz wybaczcie. Muszę wypić kolejne dzieło sztuki.
Zanim wystygnie.